Termin ważności

Robię kawę. Trzy łyżeczki, bez cukru, zimne mleko. Do czajnika nalewam wodę dla dwóch osób, bo tak robiłem przez ostatnie dziesięć lat. Sięgam po drugi kubek. Zatrzymuję się w pół ruchu. Drugi kubek. Jej kubek. Niebieski, z odpryskiem przy uchu. Dlaczego po niego sięgam? Stoję tak minutę. Może dwie. Czajnik gwiżdże, a ja trzymam w ręku kubek zmarłej żony i nie rozumiem po co.

Policjant, który przyszedł po jakieś papiery, zapytał, czy chcę, żeby powiadomili rodzinę. Odmówiłem. Teraz jednak wyobrażam sobie, jak dzwonię do jej mamy i mówię: „Dzień dobry, Ewo. Ola nie żyje”. Nie, tak się nie da. Jak mam powiedzieć, że jej córki już nie ma? Nie mogę. Jeszcze nie dzisiaj.

Słyszę, jak z czajnika spada gwizdek. Zalewam obie kawy, dodaję mleko i odstawiam je do lodówki. Zauważam jogurt. Truskawkowy. Z terminem do niedzieli. Stoję przed otwartą lodówką i patrzę na ten jogurt, jakby miał mi coś powiedzieć. Jakby to było ważne, że jego termin ważność jest jednocześnie datą jej śmierci.

Biorę jej kubek, siadam przy stole w kuchni i próbuję pić. Udaję, że nic się nie wydarzyło. To zwykły czwartek, a ona poszła wcześnie do pracy. Jednak w mojej głowie ciągle słyszę odgłosy z wanny. Nie ma w niej już wody, ale słyszę ją i tak.

Pierwszą kawę zrobiła mi, kiedy mieliśmy po szesnaście lat. W jej domu rodzinnym, w kuchni, która pachniała cynamonem i praniem. Jej mama była w pracy, więc zostaliśmy sami. Pamiętam, że nie wiedziałem, co zrobić z rękoma.

– Lubisz mocną? – zapytała.

– Nie wiem. To będzie moja pierwsza kawa w życiu.

Uśmiechnęła się i dosypała jeszcze jedną łyżeczkę.

– To będzie mocna – powiedziała. – Żebyś zapamiętał.

Zapamiętałem. Od tamtej pory piłem tylko mocną kawę. Najpierw, żeby pamiętać ten pierwszy raz. Teraz, żeby pamiętać wszystkie inne.

Dzwoni telefon. Praca. Nie odbieram. Dzwoni jeszcze raz. Wyciszam. Siedzę w kuchni i piję kawę z jej kubka. Mój dalej stoi na blacie. Biorę go po dziesięciu minutach. Wciąż jest ciepły. Idę do zlewu, wylewam zawartość i przepłukuję. Ciemnobrązowy strumień spływa razem z wodą. Kubek jest pusty. Jak ja, moje mieszkanie, moja przyszłość. Wracam do stołu.

Telefon znowu dzwoni. Tym razem matka. Ten numer rozpoznałbym z zamkniętymi oczami. Patrzę na wyświetlacz i czekam, aż zgaśnie. Nie dzwoniłem do niej od soboty. To był normalny dzień. Ola wtedy jeszcze żyła. Może gdybym wiedział, że to nasza ostatnia sobota, robiłbym wszystko inaczej. Ale nie wiedziałem, więc robiłem wszystko w ten sam sposób. Wtedy też piliśmy kawę.

Piąty dzień noszę tę samą koszulkę. Szarą, z napisem „Radiohead”. Kupiłem ją na koncercie, na który poszliśmy razem pięć lat temu. Ola mówiła, że Thom Yorke śpiewa, jakby z każdym słowem coś w nim pękało. Śmiała się wtedy, że to zupełnie jak u niej, gdy próbuje śpiewać. Teraz, kiedy patrzę na ten napis, myślę, że może właśnie tak się czuła przez cały czas. Jakby coś w niej pękało każdego dnia. A ja tego nie zauważyłem.

Policjant, który przyszedł, był młody. Młodszy ode mnie. Miał zarost jak nastolatek i mówił bardzo cicho. Chyba się bał, że mocniejszy głos mógłby mnie złamać.

– Zostawiła panu jakąś wiadomość? List? Coś na telefonie?

Nie. Przez pierwsze dni nawet nie pomyślałem, żeby czegoś szukać. Teraz chodzę po mieszkaniu jak oszalały. Sprawdzam telefon, komputer, kartki na lodówce. Przeszukuję jej notatnik, gdzie trzymała listy zakupów. Ostatnia rzecz, którą zapisała, to „jogurt, masło, jajka”. Jakby planowała jutro. Wszystko leży w lodówce. Nietknięte.

Po tym, jak zabrali ją ze sobą, zostałem w mieszkaniu sam. Łazienka była zaklejona taśmą. Żółta taśma z napisem „POLICJA”. Jak w filmie. Przez cały wieczór siedziałem w kuchni i myślałem, gdzie mam się wykąpać. Głupia myśl, ale prawdziwa. Człowiek potrzebuje się umyć, nawet gdy świat się kończy. Pojechałem do brata. Nie powiedziałem mu dlaczego. Rzuciłem na szybko, że rura pękła. Nie uwierzył.

– Zostań na noc – zaproponował.

Zostałem na cztery. Wróciłem dziś rano. Taśmy już nie ma. Łazienka wygląda normalnie. Ktoś ją posprzątał. Profesjonalnie. Nie ma po niczym śladu. Wanna znów jest biała i czysta. Jakby nic się nie stało. Ale wiem, że się stało. I wiem, że już nigdy się w niej nie wykąpię.

Włączam telewizor, nie słyszę, co mówią. Siedzę na kanapie, na której leżeliśmy w niedzielne wieczory i oglądaliśmy seriale. Jej miejsce, z prawej strony, jest jeszcze wgniecione. Baterie w pilocie się wyczerpują. Przycisk zmiany kanału trzeba mocno naciskać, żeby zadziałał. Ola narzekała na to od miesiąca.

– Kup nowe baterie – mówiła. – Te już nie mają siły.

Nie kupiłem. Myślałem, że to nieważne. Że pilot może poczekać. Teraz siedzę, naciskam ten przycisk i czuję, jak pilot umiera mi w rękach, tak jak ona umarła. Tak jak umarło wszystko.

Szukam czegoś. Nie wiem czego. Może jakiejś odpowiedzi, może znaku, że wiedziała, jak bardzo ją kocham. Znajduję notes schowany między książkami. Różowy, w kratkę. Taki, jaki często mają nastolatki. Nie wiem, kiedy go kupiła. Może miała go od zawsze. Nigdy wcześniej go nie widziałem. Albo nie zwracałem uwagi. Ostatni wpis z zeszłego tygodnia: „Nie mogę już”. Nic więcej. Tylko te trzy słowa. Wertuję do tyłu. Kartki są pomarszczone od łez. „Może jutro będzie lepiej”. „Próbuję, ale nie daję rady”. „Przepraszam”. Przepraszasz za co, Olu?!

Siadam na podłodze i płaczę jak dziecko. Po raz drugi w życiu. Pierwszy raz płakałem, kiedy umarł mój dziadek. Miałem wtedy osiem lat. Teraz mam trzydzieści jeden, płaczę na podłodze w salonie, trzymając w rękach notes mojej zmarłej żony, i zdaję sobie sprawę, że właśnie zostałem sam, jak sierota. Tylko że sierota to dziecko, któremu umarli rodzice. Jak się nazywa mężczyzna, któremu umarła żona? Wdowiec. Jestem wdowcem. Kurwa, jak to brzmi.

Telefon dzwoni czwarty raz. Tym razem numer nieznany. Odbieram, bo może to jednak coś ważnego.

– Pan Jankowski? – mówi męski głos.

Tak, to ja.

– Chciałbym zaprosić pana na spotkanie w sprawie ubezpieczenia na życie dla rodziny…

Rozłączam się.

Siadam na podłodze i śmieję się jak wariat. Ubezpieczenie na życie dla rodziny. Moja składa się tylko z dwóch osób, z czego jedna leży w kostnicy. Śmieję się tak głośno, że aż znowu zaczynam płakać.

Idę do sypialni. Nasza sypialnia. Łóżko jest pościelone, ale jej poduszka wciąż ma zagłębienie, jakby Ola przed chwilą wstała i miała zaraz wrócić. Otwieram szafę. Ubrania wiszą równo, posegregowane według kolorów. Czarne, granatowe, szare. Jak żałobna procesja na wieszakach.

Pamiętam czerwoną sukienkę, którą miała na sobie, gdy się poznaliśmy. Mówiła, że kolor miłości zawsze się broni. Wisi na końcu, oddzielona od reszty. Dotykam materiału. Wciąż pachnie bergamotką z dodatkiem paczuli.

W szufladzie znajduję jej pamiętnik sprzed lat. Dokładnie sprzed dziesięciu lat, z początków naszego związku. „Witek kupił mi kolczyki. Małe, srebrne, ale podobają mi się. Mówi, że jak na niego patrzę, to ma ochotę być lepszy. Może z nim będzie mi dobrze?”.

Przewracam kartkę. „Włączyłam mu Creep Radiohead. Powiedział, że to depresyjne. Nie rozumie, że to nie o depresji. To o tym, że czasami czujesz się jak dziwadło, którego nikt nie powinien kochać, a mimo to kocha”.

Przestaję czytać. Zamykam pamiętnik i chowam go z powrotem.

Słyszę pukanie sąsiadki. Pani Teresa. Zawsze wie, co się dzieje na osiedlu.

– Witek? Dziecko, jak ty się trzymasz? – pyta przez drzwi.

Nie otwieram.

– Wiem, co się stało. To okropne. Gdybyś czegoś potrzebował…

Odchodzi po pięciu minutach. Na pewno od kilku dni mówi o tym cały blok. Wyobrażam sobie te rozmowy na klatce schodowej. Szeptanie, kiwanie głowami, współczucie z dozą ciekawości. „Co za tragedia! Była taka młoda. Dlaczego?”. Nie mam pojęcia dlaczego, pani Tereso. Gdybym wiedział, może by żyła.

Wieczorem dzwoni mój brat.

– Przyjeżdżam.

– Nie trzeba.

– Przyjeżdżam. Nie będziesz sam.

Pojawi się jutro. Będzie chciał gadać. Będzie pytał, jak się czuję, robił mi kawę i próbował mnie nakarmić. Będzie chciał dobrze. Ale ja nie chcę, żeby ktoś chciał dobrze. Chcę, żeby Ola żyła, i żebyśmy rano pili kawę razem, i żeby narzekała na pilot, który się psuje.

Otwieram laptop. Jej ostatnie wyszukiwania:

„Jak długo można wytrzymać pod wodą”.

„Podcięcie żył ból”.

„Lista zakupów szablon”.

Ostatnie, co sprawdzała, to jak zrobić lepszą listę zakupów. Po tym, gdy dowiedziała się, jak umrzeć, planowała jeszcze zakupy. Zamykam laptop. Żałuję, że to przeczytałem.

Jej telefon leży na stoliku nocnym. Wciąż włączony. Przychodzą SMS-y od koleżanek z pracy. Nie wiem, jak im o tym powiedzieć. Nie wiem, jak się przekazuje przez SMS-a, że ktoś umarł. „Ola nie żyje” – to chyba za krótko. „Muszę wam coś powiedzieć…” – to chyba za długo. Wyłączam telefon. Jutro. Jutro im powiem.

Wyrzucam jogurt. I tak go nie zjem. Nie lubię truskawek. Ola lubiła. Siadam na podłodze w kuchni i myślę, że to pierwsza rzecz, którą wyrzuciłem po jej śmierci. Jogurt truskawkowy za cztery dziewięćdziesiąt.

Jutro przyjedzie brat. Będzie próbował mnie pocieszać. A ja będę musiał mu powiedzieć, że nie wiem, jak żyć bez niej. Że przez dziesięć lat byłem połową całości, a teraz jestem całym nikim. Ale może nauczę się być znowu kimś. Może. Kiedy termin ważności na rozpacz się skończy. Jeśli w ogóle się kończy.

Powiem bratu, żeby po drodze kupił baterie.


Redakcja i korekta językowa: Katarzyna Setkiewicz-Słowik

Dodaj komentarz

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Piątkowy Nostalgik

    No powiem Ci, że znowu mnie rozłożyłaś. Myślałem, że to będzie zwykła historia o żałobie, a tu dostaję w twarz taką prawdę, że musiałem zrobić przerwę przy tym jogurcie truskawkowym. Te detale są tak cholernie prawdziwe, że czuję się jakbym podglądał kogoś przez dziurkę od klucza. Wiesz która scena mnie rozwaliła najmocniej? Ta z ubezpieczeniem na życie. Jak on się śmieje i płacze jednocześnie. Bo życie nie przestaje być pojebane nawet jak umiera ci żona, telemarkerzy dalej dzwonią, sąsiadka plotkuje, a ty musisz myśleć gdzie się wykąpać. To takie. . . ludzkie.

  2. Prestidigitator

    Wow, wzruszające, wgniotło mnie w fotel. Przekładam tę historię na swoje życie i czuję niepokój. Czuję, też mnie to może spotkać. I że wolałbym nie.
    Poruszasz bardzo smutny temat, dla kogoś kończy się świat, ale mimo to wszystko toczy się dalej. Sąsiadki plotkują, telemarketerzy dzwonią. Odkryłem to po pogrzebie mojej babci. Dla mnie skończył się pewien etap, dla wszystkich dookoła to był po prostu czwartek.