Scrolluję Facebooka. Poranek mija mi między łykami zimnej już kawy a przeglądaniem rzeczy, które mnie nie obchodzą. Uśmiechy dzieci, wakacyjne zdjęcia z Chorwacji, kolejna reklama, ktoś znowu się zaręczył na tle wieży Eiffla, ktoś inny robi martwy ciąg na siłowni.
Wzrok przeskakuje dalej, gdy nagle palec zatrzymuje się na ekranie. Z tego marazmu wyrywa mnie zdjęcie ze spotkania przy grillu. Plastikowe krzesła, góra kiełbasek na talerzu, niewidziane od dawna znajome twarze. Śmieją się, jakby czas się dla nich zatrzymał. Zerkam na podpis: „Grill ze starą ekipą, nie widzieliśmy się chyba z 15 lat. Gaja, tylko Ciebie tu brakuje… ????”.
Coś mnie ściska w żołądku. Przewijam niżej. Nie chcę się nad tym zastanawiać. Nie dziś, nie teraz. Ale wspomnienia mają ten paskudny zwyczaj – nie pytają, czy jest na nie miejsce i odpowiedni czas, po prostu wracają. Obrazy w mojej pamięci stają się wyraźniejsze. Wreszcie przypominam sobie tamtą noc w lokalnym pubie.
***
Muzyka niosła się po pustych ulicach, rozbijając ciszę nocnego miasta. Rock, może grunge, nie miało dla mnie znaczenia, co leci z głośników. Nie lubiłam tego gatunku, tego klubu i tych ludzi – typów w skórzanych kurtkach, z butelkami piwa w rękach i cuchnących dymem z papierosów. Lokal z zewnątrz oblany landrynkowym różem wyglądał jak parodia rockowego pubu. Po czasie dowiedziałam się, że dawniej mieściła się tam kawiarnia, gdzie właściciele organizowali małe wesela, a ich popisowym daniem była parówka z żółtym serem, owinięta boczkiem i pieczona w piekarniku. Może stąd pomysł na fuksjowo-żółtą falę na elewacji. Wystarczył jeden rzut oka, by przestać się łudzić, że w środku będzie lepiej. Nie wiedziałam, czemu Sara tam przychodziła, czemu lubiła to miejsce. Może przez chłopaka, a może przez klimat – mnie odstraszał, lecz dla niej wydawał się naturalnym środowiskiem. Czuła się tam doskonale, jak część tej społeczności. Prosiła, żebym przyszła, i obiecała, że będziemy się świetnie bawić.
Ciepłe powietrze w okolicy było gęste od dymu i piwnej woni. Dało się słyszeć przygaszone rozmowy, podszyte tym specyficznym napięciem wieczoru, który jeszcze się nie skończył, ale już powoli zmierzał do finału. Niedaleko wejścia zobaczyłam Gaję pochyloną nad śmietnikiem. Jedną ręką przytrzymywała się metalowej barierki, drugą ściskała skórzaną kurtkę, zsuwającą się z ramion. Włosy przyklejone do spoconego czoła, tusz do rzęs rozmazany na policzkach. Czerwona koszula w czarną kratę wyglądająca jak wyciągnięta z dna szafy i zarzucona w ostatniej chwili. Obok ze skrzyżowanym rękami stała Alka, zaciągając się papierosem.
– Przecież mówiłam, że nie powinnaś tyle pić – rzuciła z szyderczym uśmiechem.
Gaja wyprostowała się, chciała coś odpowiedzieć, ale zamiast tego zatoczyła się i znowu pochyliła, dławiąc się czymś, co wciąż jeszcze próbowało wrócić do jej żołądka.
– Wszystko okej? – zapytałam.
Podniosła wzrok. Zamglone oczy, ciężkie powieki, ledwo mnie rozpoznawała.
– Jest ze mną… – wymamrotała, wskazując głową na Alkę.
Dziewczyna machnęła ręką i wypuściła dym nosem.
– Luz, zaraz się ogarnie. – Przewróciła oczami i znów się zaciągnęła. – Jej stary chla więcej niż cała ta knajpa. Myślisz, że ktoś się przejmie, że ona trochę za dużo wypiła?
Przez chwilę stałam, przygryzając wnętrze policzka. Nie chciałam wdawać się w głupie gadki z Alką, zresztą miała rację, to nie była moja sprawa. Poza tym Sara już długo czekała w lokalu. Weszłam do środka.
Gdy tylko przekroczyłam próg, uderzył mnie zapach starego piwa i przesiąkniętych dymem firanek. Wnętrze było ciemne, oświetlone jedynie mdłym światłem lamp. Ściany obłożone boazerią, podłoga nierówna, na kontuarze duży napis „Pink Floyd”. Przy barze siedziało kilku typów, którzy wyglądali, jakby zrośli się z tą przestrzenią. Jeden z nich, z krzywo przyciętym wąsem i koszulką Nirvany, spojrzał na mnie, po czym wrócił do swojej szklanki. W głębi sali dostrzegłam Sarę. Siedziała przy jednym z drewnianych stolików, stukając paznokciami w butelkę. Miała rozpuszczone, długie włosy, skórzane spodnie i czarną koszulkę. Na nogach całoroczne glany.
– Nareszcie! Myślałam, że cię wciągnęło to towarzystwo przed wejściem – rzuciła, gdy podeszłam.
– Nie, ale chyba powinnam była tam zostać. – Westchnęłam, siadając naprzeciwko niej.
– W sensie?
– Gaja właśnie rzyga do śmietnika, a Alka stoi obok i się z niej śmieje.
Sara nie wyglądała na zaskoczoną.
– Mówiłam ci, żebyś nie zwracała na nią uwagi.
– Wiem, ale… no, jakoś tak…
Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam się w to zagłębiać. Nie teraz.
– Masz ochotę na coś mocniejszego? – zapytała, wskazując na bar.
Rozejrzałam się po pubie i po twarzach, które wyglądały jak część wystroju tego lokalu. Czułam, że duszne powietrze osiada mi na skórze, jakby samo to miejsce chciało, żebym została dłużej, niż zamierzałam.
– Może później – mruknęłam.
– Serio, dalej się nią przejmujesz?
Westchnęłam, odruchowo skubiąc skórkę przy paznokciu.
– Jeśli za pół godziny nie wejdzie, pójdę sprawdzić.
– Ma Alkę. – Sara uniosła butelkę do ust. – Poza tym wiesz, jaka ona jest. Nie da się jej pomóc, jeśli sama nie chce.
Nie odpowiedziałam. Próbowałam zachować pozory obojętności, ale czułam, jak coś we mnie się zaciska. Nie widziałam, czy to przez klimat tego miejsca, czy przez myśli o rzygającej Gai.
Znałam ją, odkąd sięgam pamięcią. Mieszkałyśmy na tym samym osiedlu. Bawiłyśmy się razem, zanim jeszcze zaczęło mieć znaczenie, kto z kim trzyma. Pamiętam piaskownicę, rowery, zabawy w chowanego do późna, aż rodzice musieli nas wołać przez okna, żebyśmy wracały do domu.
A potem przyszło gimnazjum. Przez pierwsze lata trzymałyśmy się we trzy. Była jeszcze Marti – ta fajna, lubiana, zawsze gotowa coś odwalić. Robiła rzeczy, na które ja nigdy bym się nie odważyła, i to imponowało innym dzieciakom. Mnie też. To z nią zapaliłam pierwszego papierosa i wypiłam pierwsze tanie wino pod kładką przy torach. Po tych trzech latach różnych pierwszych razów i zakazanych rzeczy Marti poszła do innego liceum i nasze drogi się rozeszły. Natomiast Gaja, z którą relacja przez ostatni rok nauki powoli wygasała, trafiła do mojej szkoły. I wtedy wszystko się zmieniło. Nie było kłótni, afery, żadnego dramatycznego zwrotu akcji. Po prostu któregoś dnia zrozumiałam, że nie jest już moją przyjaciółką.
Na początku wszystko wyglądało normalnie. Nawet się cieszyłam, że będziemy razem w klasie. W końcu się znałyśmy i lubiłyśmy. Jednak tak bardzo się myliłam. Ona była już inną osobą. Wyprostowana, pewniejsza siebie, mówiła głośniej, śmiała się częściej. Jakby na siłę próbowała nadrobić wszystkie lata, w których stała w cieniu. Nie wiem, czy od początku miała taki plan, czy wyszło to przypadkiem, ale gdzieś po drodze stałam się jej celem. To nie było jawne gnębienie, raczej subtelne komentarze rzucane niby od niechcenia, spojrzenia pełne półuśmiechów. Słowa, które brzmiały jak żart, ale niosły w sobie coś więcej. Coś, co sprawiało, że czułam się mniejsza. Śmiałam się z siebie razem z nią. Mówiłam, że mam dystans, że przecież to nic takiego. Nie umiałam inaczej.
U Gai wszystko z pozoru wyglądało w porządku. Nauczyciele ją lubili – była bystra, umiała odnaleźć się w rozmowie. Jednocześnie jednak wagarowała i trzymała się z ludźmi, których inni omijali szerokim łukiem. Może to była jej największa umiejętność – balansowanie pomiędzy różnymi światami. Nie wiem, czy sprawiało jej to satysfakcję, ale przez to, jak się do mnie odnosiła, z każdym tygodniem gasłam coraz bardziej.
Nagle Sara szturchnęła mnie lekko w ramię.
– O czym tak myślisz?
Zamrugałam, wracając do rzeczywistości. Właśnie leciało Another Brick in the Wall w wersji Acid Drinkers. Ciężki riff niósł się po pomieszczeniu, ktoś przy barze wybijał rytm palcami o blat. Refren rozbrzmiał głośniej, a kilku gości podchwyciło słowa, jakby naprawdę w nie wierzyli.
– Minęło trzydzieści minut – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej.
Spojrzała na mnie, ale nie skomentowała.
– Idę sprawdzić, co z Gają – rzuciłam, wstając od stolika.
W przejściu do ogródka ktoś mnie potrącił i całe piwo rozlało się na podłogę. Nawet się nie zatrzymałam, jedynie uniosłam ręką w przepraszającym geście. Gdy wyszłam na zewnątrz, powietrze wydało się chłodniejsze niż wcześniej. Zerknęłam w stronę śmietnika. Było pusto. Tylko skórzana kurtka leżała na ziemi. Podniosłam ją i rzuciłam na ogrodzenia. Rozglądnęłam się wokół. W ogródku siedziała ta sama grupka, co wcześniej, ale Gai i Alki nigdzie nie było. Podeszłam do jednego z typów palących papierosa przy barierce.
– Widziałeś dziewczynę w kraciastej koszuli? Była tu przed chwilą z koleżanką.
Zaciągnął się dymem, zmierzył mnie wzrokiem, chyba zastanawiał się, czy w ogóle warto odpowiadać.
– Poszła z jakimś Rafałem. I tą drugą. Mówili, że ją odprowadzą na chatę.
– Rafał? – powtórzyłam.
– No, chyba tak się nazywał. Nie znam kolesia.
Przytaknęłam i wróciłam do pubu.
– I co? – zapytała Sara, gdy usiadłam obok niej.
– Poszła z Rafałem i Alką. Mieli ją odprowadzić do domu.
Sara uniosła brwi.
– A kto to znowu ten Rafał?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie mam pojęcia. Nigdy o nim nie słyszałam.
Sara westchnęła i sięgnęła po butelkę.
– No tak. Gaja zawsze miała tajemniczych znajomych.
Dla Sary to zamykało temat, wyglądała na uspokojoną. Ale ja nie poczułam ulgi.
Impreza dobiegała końca. Wychodziłyśmy niemal ostatnie. Dwóch gości jeszcze wymieniało uściski dłoni z właścicielką, śmiech brzmiał już ciszej, w powietrzu tliły się resztki muzyki. Sara odprowadziła mnie pod klatkę. Czekałyśmy chwilę w milczeniu, obie zmęczone, z dymem papierosowym wciąż wplątanym we włosy i ubrania.
– Borys zaraz będzie – powiedziała, zerkając na komórkę.
Kiwnęłam głową.
– Widzimy się jutro? – zapytała.
– Tak, pewnie – odparłam bez namysłu.
Nie powiedziałam jej, że odczuwam coś nieokreślonego, dziwną chropowatość pod skórą, jakby coś miało się jeszcze wydarzyć. Światła samochodu przecięły ciemność. Borys zatrzymał się pod blokiem, nie wysiadając. Sara rzuciła mi krótkie „trzymaj się” i ruszyła w jego stronę.
Weszłam do mieszkania, na szczęście rodzice już spali. Odruchowo przekręciłam zamek. Cisza uderzyła mnie od razu, po tak wielu godzinach spędzonych w hałasie czułam pulsujące bębenki w uszach. Zsunęłam buty przy wejściu, z kuchni wzięłam szklankę wody i wypiłam zawartość duszkiem. Poszłam do łazienki, puściłam gorący strumień. Piana skutecznie zmyła ślady dymu i spłynęła do odpływu razem z napięciem tego wieczoru. Położyłam się w łóżku i zamknęłam oczy. Powinnam czuć ukojenie. Niepokój jednak nie minął.
Telefon zadzwonił pierwszy raz wpół do siódmej. Zamrugałam, ale nie ruszyłam się z miejsca, pozwalając, żeby dzwonek wibrował w ciszy pokoju. Pewnie jakaś pomyłka. Minęło kilka minut, zanim zadzwonił znowu. Jednym okiem zerknęłam na wyświetlacz: Sara. Przez chwilę wpatrywałam się w ekran. Dziwne. Nigdy nie odzywała się tak wcześnie. Przesunęłam palcem po zielonej ikonie.
– Słuch…
– Gaja nie wróciła do domu! – przerwała mi gwałtownie. Głos miała spięty, zbyt ostry jak na tę porę.
Serce zabiło mi szybciej.
– Co?!
– Jej matka kontaktowała się chyba już ze wszystkimi. Nikt jej nie widział.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– Alka odebrała dopiero za dziesiątym razem – wyrzuciła z siebie Sara. – Powiedziała, że Gaja nie chciała iść dalej, więc zostawili ją po drodze do domu.
– Zostawili?
– Alka i ten cały Rafał. Po prostu poszli.
Coś ścisnęło mnie w żołądku.
– Siedziała na chodniku, mówiła, że jej słabo, a oni stwierdzili, że jak chce tam zostać, to jej sprawa, i nie będą jej niańczyć.
Zabrakło mi tchu. W głowie znowu zobaczyłam tamtą scenę – Gaję przy śmietniku, z zamglonym spojrzeniem i z kurtką zsuniętą z ramion.
– Moja mama obdzwoni teraz szpitale – dodała ciszej.
– Daj znać, jak coś ustalisz, okej?
– Jasne.
Rozłączyłam się i usiadłam na brzegu łóżka, ściskając komórkę. Czułam, jak skóra na karku cierpnie mi od napięcia, a serce uderza coraz mocniej. Wzięłam głęboki oddech i odblokowałam ekran. Weszłam na Messengera. Brak nowych wiadomości od Gai. Ostatnia była sprzed tygodnia – krótka wymiana zdań, nic ważnego. Przekopałam się przez grupowe czaty, szukałam czegokolwiek. Nic. Na Facebooku też cisza. Jej ostatni post to udostępniona dwa dni temu piosenka. Zamknęłam aplikację i przesunęłam dłonią po twarzy. Może po prostu gdzieś się zasiedziała, urwał jej się film i zaraz wróci do domu, udając, że nic się nie stało.
Telefon zawibrował.
Wiadomość od Sary: Moja mama pytała we wszystkich szpitalach w promieniu 80 km. Nie ma jej na żadnym SOR-ze. Jeszcze sprawdzają wezwania karetek z nocy.
Przełknęłam ślinę.
Ja: A policja?
Sara: Mama mówi, że to za wcześnie. Że Gaja mogła po prostu gdzieś pójść. Wiesz, jaka ona jest…
Przymknęłam oczy, splatając palce pod brodą. Wiedziałam, jaka jest. Lubiła imprezy, często piła, zawsze otaczało ją kilku facetów… I co z tego? Nie chciałam teraz o tym myśleć. Przecież nie mogła tak po prostu zniknąć. Bezczynność tylko potęgowała we mnie napięcie. Zerwałam się z łóżka, naciągnęłam na siebie dresowe spodnie i pierwszą lepszą bluzę. Telefon wsunęłam do kieszeni.
Wychodząc, zerknęłam na zegarek. Było przed ósmą. W bloku panowała cisza, jedynie gdzieś w oddali słychać było dźwięki porannego życia – szum czajnika, skrzypienie drzwi, urywki rozmów. Zbiegłam po schodach i wyszłam na zewnątrz. Powietrze było ciężkie, zapowiadał się kolejny duszny dzień. Nie wiedziałam, dokąd idę, ale nogi same niosły mnie w stronę osiedla Gai. Zanim tam dotarłam, zadzwoniła Sara.
– Jakiś koleś z pubu powiedział, że ostatni raz widział ją, jak siedziała przy przystanku niedaleko pubu i szkoły – rzuciła bez przywitania.
– Sama?
– Tak.
– Skontaktuję się teraz z matką Gai. Może dowiem się czegoś więcej.
Rozłączyłam się i przyspieszyłam kroku. Dotarłam przed blok. Pod klatką stały dwie kobiety, wyglądały na sąsiadki. Rozmawiały przyciszonymi głosami, jakby dzieliły się czymś ważnym. Gdy przechodziłam obok, ich spojrzenia na moment się na mnie zatrzymały. Może nie lubiły obcych na osiedlu. Weszłam na podwórko i się rozejrzałam. Po Gai ani śladu.
Przyszedł SMS.
Sara: Matka Gai mówi, że kiedy ostatni raz do niej dzwoniła, odebrała jakaś obca kobieta, która niby znalazła telefon na chodniku.
Ja: Gdzie?
Sara: Nie powiedziała. Rozłączyła się, zanim matka Gai zdążyła o coś więcej zapytać. Potem nikt już nie odbierał.
Nie myślałam, tylko ruszyłam szybkim krokiem w stronę przystanku, gdzie ostatni raz ktoś widział Gaję. W głowie mieliłam słowa Sary, próbując znaleźć w nich jakiś sens. Obca kobieta, chodnik, telefon. Dlaczego nie oddała go na policję? Dlaczego przerwała rozmowę?
Z daleka widziałam już wiatę przystankową. Nikogo tam nie było, na krawężniku leżało jedynie kilka pustych setek po wódce. Wszystko wyglądało zwyczajnie. I to chyba było w tym najgorsze. Rozejrzałam się wokoło. W tej chwili był to dla mnie środek świata. W tym miejscu, gdzieś między nocą a świtem Gaja po prostu… przestała istnieć? Przełknęłam ślinę i jeszcze raz zlustrowałam okolicę. Po drugiej stronie ulicy znajdowała się mała piekarnia, obok kiosk, który otwierał się po szóstej. Może ktoś coś widział. Zanim zdążyłam podejść bliżej, telefon znowu się odezwał. To Sara.
– Jest coś jeszcze – powiedziała od razu.
– Co?
– Matce Gai udało się jeszcze raz dodzwonić na ten numer.
– I?
– Tym razem odebrał mężczyzna.
Zamknęłam oczy.
– To jego żona wcześniej odebrała. Jednak znalazła ten telefon w spodniach syna, jak rano sprzątała. Wibrował tak intensywnie, że spanikowała i odruchowo nacisnęła zieloną słuchawkę.
Zadrżała mi dłoń.
– W spodniach syna?
– Tak. Twierdzi, że nie wiedziała, co robić. Bała się, że chłopak go ukradł, i nie chciała narobić mu kłopotów.
Poczułam skurcz w brzuchu.
– Gdzie on teraz jest?
– Facet powiedział, że syn wyszedł wcześnie, i jeszcze nie wrócił.
Miałam ochotę rzucić komórką o ziemię.
– Musimy, dowiedzieć się, kto to jest. Jak najszybciej.
Rozłączyłam się i przez chwilę po prostu stałam. Nagle uświadomiłam sobie, że ktoś mnie obserwuje. Obróciłam się. Po drugiej stronie ulicy, przy kiosku, stał starszy mężczyzna. Patrzył w moim kierunku. Zawahałam się tylko chwilę i ruszyłam w jego stronę. Facet stał z rękami schowanymi w kieszeniach, lekko pochylony do przodu, jakby od dawna na mnie czekał.
– Przepraszam – odezwałam się, zatrzymując się tuż obok niego. – Czy pan… był tu może wczoraj w nocy?
Spojrzał na mnie spod siwych brwi i zmierzył wzrokiem od stóp do głów.
– A kto pyta?
– Koleżanka dziewczyny, która… – urwałam, bo nagle zdałam sobie sprawę, że nie chcę mówić na głos tych słów.
– Chodzi o tę młodą? W kraciastej koszuli?
Serce zabiło mi mocniej.
– Tak.
Zamyślił się na moment, jakby próbował sobie przypomnieć coś sprzed wielu lat, a nie sprzed kilku godzin.
– Była tu. Siedziała na chodniku, nie wyglądała dobrze.
– Była sama?
– Tylko chwilę. Dwóch ich było. Jeden w jasnej bluzie, drugi z czarną czapką z daszkiem. – Mężczyzna odchrząknął, zbierając myśli. – Ten w czapce coś do niej mówił, ale chyba nie bardzo była w stanie odpowiadać. W końcu tamten drugi się zirytował.
– I co?
– Złapał ją pod ramię. Chyba chciał pomóc, ale ona się wyrwała. A potem… – Mężczyzna ucichł na moment. – Nie wiem, co do niej powiedział, ale patrzyła na niego ledwo żywym wzrokiem.
Zaschło mi w gardle.
– I co potem?
– W końcu się poddała. Położyli ją na tylne siedzenie samochodu i odjechali.
Miałam wrażenie, że świat zawirował.
– Jaki samochód?
– Jakiś stary grat, chyba granatowy. Albo czarny.
– Widział pan tablice rejestracyjne?
– Nie, to wszystko działo się tak szybko.
Próbowałam przetrawić te informacje.
– Pamięta pan jeszcze jakieś szczegóły?
Mężczyzna zmarszczył brwi.
– Powiedziałbym, że mieli jakieś dwadzieścia kilka lat. Tacy… zwyczajny. Ale ten w bluzie miał dziwne oczy.
– Jakie?
– Takie… szalone.
Przeszedł mnie dreszcz. Nie czekałam dłużej. Kiwnęłam głową na pożegnanie i odwróciłam się na pięcie. Musiałam znaleźć Sarę. Sięgnęłam po telefon, ale zanim zdążyłam wybrać numer, ekran rozświetlił się sam.
– Gdzie jesteś? – wyrzuciła z siebie.
– Niedaleko przystanku autobusowego. Muszę ci coś powiedzieć. Rozmawiałam z kimś, kto widział Gaję w nocy. Byli z nią dwaj faceci, jeden miał…
– Poczekaj – przerwała mi nagle. W jej głosie było coś nowego, coś, co sprawiło, że momentalnie się zatrzymałam.
– Co jest?
– Gadałam z tą kobietą, która znalazła komórkę Gai – powiedziała szybko. – Zapytałam o jej syna. W końcu podała mi jego imię. Mateusz.
– I?
– Pracuje w warsztacie samochodowym niedaleko kościoła.
Chwila ciszy. W oddali usłyszałam szczekanie psa, ale mój umysł już gnał do przodu.
– Musimy tam iść – zarządziłam.
– Za ile możesz być?
– Za pięć minut.
Rozłączyłam się i od razu ruszyłam w stronę warsztatu. Nie musiałam się zastanawiać, jak tam dojść – w tym miasteczku znałam każdą ulicę, każdy skrót, każde podwórko. Słońce już grzało, ale czułam zimno pod skórą.
Sara czekała przed wejściem, opierając się o niską ceglaną ścianę. Miała skrzyżowane ramiona i nerwowo stukała podeszwą buta o chodnik. Kiedy mnie zobaczyła, tylko skinęła głową.
Warsztat był mały, ledwo widoczny z głównej drogi, wciśnięty między spożywczak a pusty plac. Drzwi garażowe były podniesione, w środku stały dwa samochody – jeden na podnośniku, drugi z otwartą maską. Czuć było olej, rozgrzaną blachę i benzynę. W rogu, na stercie opon, leżała rozbebeszona kanapa. Ktoś sterczał pochylony nad jednym z aut, dłonie miał upaprane smarem.
– Myślisz, że to on? – szepnęła Sara.
– Chyba tak.
– No to chodź.
Odwrócił się, gdy wyczuł, że się zbliżamy. Zobaczyłam, jak jego szczęka się napina, a ręce mocniej ściskają szmatę.
– Czego chcecie?
– Gai – powiedziałam od razu.
– Miałeś jej telefon w spodniach. Ty i twój kolega byliście z nią tej nocy. – Sara przeszła do sedna.
Mateusz drgnął, ale nie spojrzał nam w oczy.
– Nie wiem, o czym mówicie.
– Nie pierdol – syknęła Sara. – Widziano was przy przystanku.
– Może tam byliśmy, i co z tego?
– Gadaj, co się stało!
Wzruszył ramionami.
– Była pijana. Nie wiedziała, co się dzieje.
– I co z nią zrobiliście?
– Nie wiem… Nic.
– Nic? – Sara prychnęła. – Czyli nie wiesz, co się stało z dziewczyną, która była ledwo przytomna?
Wciągnął powietrze przez zęby i przetarł twarz dłonią, zostawiając na skórze ślady smaru.
– Słuchajcie… nie chcę się w to mieszać, okej?
– Ale już jesteś zamieszany.
Patrzył na mnie przez chwilę, ale nic nie powiedział.
– Z kim byłeś?
Milczenie.
– Mateusz! Z kim byłeś?!
Westchnął ciężko.
– Z Maro – powiedział w końcu.
– Kto to jest Maro?
– Kolega.
– Co za kolega?
– Sprzedawał jej towar.
Serce mi stanęło. Gaja zawsze miała swoje tajemnice, ale… narkotyki? Imprezowała, była lekkomyślna, ale czy to możliwe, że przez cały ten czas żyła w świecie, o którym nie miałyśmy pojęcia?
Sara odezwała się głosem zimnym i ostrym jak szkło:
– Chcesz powiedzieć, że brała?
Mateusz unikał naszego spojrzenia.
– Nie jestem jej niańką. Wiedziała, co robi.
– Wiedziała?! – Sara parsknęła gorzko. – Bo jakoś nie wyglądała, jakby wiedziała.
Patrzyłam na niego, ale w głowie miałam tylko obraz Gai – tej, którą znałam. Albo raczej tej, którą myślałam, że znam.
– Nieważne! Mów wreszcie, co się stało tej nocy!
Mateusz spuścił wzrok na buty, po czym nerwowym ruchem sięgnął do kieszeni. Wyciągnął pogniecioną paczkę papierosów, potrząsnął nią i wsunął jednego między wargi. Chyba liczył, że w ten sposób odsunie od siebie niewygodne pytania.
– Była rozbita. Ledwo stała na nogach. Mówiła, że coś ją boli.
– Więc co zrobiliście?
– Chciała się położyć na ławce na przystanku, ale Maro stwierdził, że to zły pomysł. Że powinna się ogarnąć.
– I?
– Wsadziliśmy ją do auta.
Sara wybuchnęła śmiechem, ale było w nim więcej złości niż rozbawienia.
– Wsadziliście ją do auta?! Po co?!
Mateusz spojrzał na nią, ale nie odpowiedział.
– Mateusz, jeśli masz chociaż odrobinę godności, to mów!
Wziął głęboki wdech, po czym wypuścił dym.
– Chcieliśmy ją zawieźć do domu.
– Ale…?
– Ale Maro spanikował.
– Dlaczego?
– Bo mówiła, że coś ją boli. Że coś jest nie tak.
– I?
Mateusz wpatrywał się w ziemię.
– Maro chciał jej dać coś na pobudzenie.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
– Ale odmówiła, więc postanowiliśmy zawieźć ją na SOR.
Sara zacisnęła pięści.
– Nie kłam – warknęła. – Moja matka pytała we wszystkich szpitalach w regionie i nigdzie jej nie było. Sama też dzwoniłam. Na żadnym SOR-ze nie mieli takiej pacjentki!
Mateusz uniósł na nią wzrok, ale zamiast odpowiedzieć od razu, powoli wypuścił dym przez nos.
– Bo zmyśliliśmy nazwisko.
Sara zrobiła krok do przodu.
– Co?
– Nie znałem jej prawdziwych danych – oznajmił, jakby to było coś zupełnie oczywistego.
– I nie pomyślałeś, żeby powiedzieć, że jej nie znacie, tylko wolałeś kłamać?! – Głos Sary zamienił się w krzyk.
Mateusz wzruszył ramionami.
– Nie chciałem mieć problemów.
– Nie chciałeś mieć problemów?! – wrzasnęła Sara. – Więc co? Zmyśliliście jej tożsamość i zostawiliście ją na pastwę losu?
Serce waliło mi jak młotem.
– Sara… – odezwałam się cicho.
Szybko odwróciła się w moją stronę, a w jej oczach zobaczyłam coś, co sprawiło, że przeszły mnie dreszcze.
– Pytałyśmy po nazwisku. Nie przyszło nam do głowy, że ktoś mógł podać błędne! Nie było też żadnych pacjentów NN.
Zamarłam. Nagle wszystko nabrało sensu.
– To znaczy, że…
– Że od początku tam była! – krzyknęła. – Tylko nikt o tym nie wiedział.
Spojrzałam na Mateusza. Stał z papierosem między palcami, ale już nie miał w sobie tej nonszalancji sprzed chwili. Wbił spojrzenie w ziemię, jakby chciał się w nią zapaść. Sara znów się do niego zbliżyła.
– W którym szpitalu ją zostawiliście?
Milczał.
– W którym szpitalu?! – powtórzyła ostrzej, drżąc ze złości.
Mateusz w końcu poderwał na nią wzrok. Widać było, że pęka.
– No przecież tutaj, w naszym mieście…
Serce podeszło mi do gardła. Sara natychmiast odwróciła się w moją stronę.
– Musimy tam iść. Natychmiast.
Nie czekałyśmy ani minuty dłużej. Rzuciłyśmy się do wyjścia, a ja czułam, jak krew coraz bardziej pulsuje mi w skroniach. Obejrzałam się jeszcze przez ramię – Mateusz stał w tym samym miejscu, z papierosem zwisającym z kącika ust. Usłyszałam jego głos, ledwo słyszalny, zagłuszony przez warkot silnika:
– Nie chciałem, żeby tak wyszło.
Sara rzuciła mi krótkie spojrzenie i wybiegłyśmy na ulicę. Asfalt był gorący od słońca, a powietrze wydawało się gęste jak przed burzą. Szłyśmy szybko, ale odnosiłam wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Nie wiedziałam, co nas czeka na miejscu. Ale bałam się, że może być już za późno. Droga ciągnęła się w nieskończoność, myśli kłębiły w głowie jak osy uwięzione w słoiku. Gaja była tak blisko, a my przez te wszystkie godziny nie miałyśmy o tym pojęcia.
Szpital wyrósł przed nami nagle, szary i ponury, otoczony parkingiem pełnym krzywo zaparkowanych aut. Pod wiatą dla palaczy, tuż obok drzwi, stała matka Gai. Pochylona, z ramionami drżącymi przy każdym wdechu. W jednej ręce miała papierosa, w drugiej ściskała telefon, tak mocno, że aż jej knykcie zbielały. Sara pierwsza podeszła bliżej.
– Pani Aniu…
Kobieta podniosła wzrok. Oczy miała czerwone i zapuchnięte, jakby od dłuższego czasu płakała.
– Musieli widzieć, że coś jest nie tak – powiedziała nagle, zaskakująco spokojnym, niemal pustym głosem.
Zatrzymałam się.
– Jak to?
– W szpitalu. Na SOR-ze. Musieli coś zauważyć. Że to nie tylko alkohol. Że naprawdę cierpiała. Gdyby od razu sprawdzili dokładnie…
Zaśmiała się sucho, ale w tym dźwięku nie było ani grama rozbawienia.
– Ale kto by się przejął? Pijana dziewczyna bez dokumentów. Przywiozło ją dwóch naćpanych łebków, którzy zmyślili jej nazwisko… Nikt się nawet nie zastanowił, kim naprawdę jest.
Gdy na nią patrzyłam, coś ściskało mnie w gardle.
– Może gdyby od razu… – urwała, biorąc kolejny głęboki wdech.
Sara nerwowo przestąpiła z nogi na nogę.
– Co powiedzieli w szpitalu? – zapytała w końcu.
Pani Ania potarła czoło, wciągnęła dym i wypuściła go powoli, próbując zapanować nad drżeniem rąk.
– Najpierw myśleli, że to zwykłe zatrucie alkoholem – zaczęła cicho. – Zostawili ją na obserwacji, ale nikt nie sprawdził, co naprawdę się dzieje.
Zamrugałam pospiesznie.
– Jak to…?
Spojrzała na mnie zmęczona.
– Pękł jej wyrostek. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że miała gorączkę, że zwijała się z bólu. Dopiero kiedy straciła przytomność, zaczęli działać. Ale…
Głos ugrzązł jej w gardle.
– Było za późno… – dokończyła za nią Sara, niemal szeptem.
Matka Gai odwróciła wzrok.
– Gdyby zareagowali wcześniej… – zaczęłam, ale ona tylko pokręciła głową.
– Nie wiem. Może tak, może nie. Ale nie powinni jej tak zostawić.
– Jak mogło do tego dojść? Przecież muszą być jakieś procedury w takich sytuacjach – wydusiła z siebie Sara.
– Wiesz, jak to działa – odpowiedziała pani Ania, przyciskając niedopałek do krawędzi śmietniczki, aż zgasł. – Kiedy ktoś wygląda na pijanego, wszyscy zakładają, że po prostu przesadził.
– Więc… po prostu się nią nie przejęli? – odezwałam się, zdumiona.
– Niewystarczająco.
Zapadła cisza, przerywana tylko szumem ulicy i szpitalnych rozmów za naszymi plecami. Czułam, jak coś się we mnie kruszy. Jak wszystko, co działo się przez ostatnie godziny, nagle przygniata mnie całą swoją brutalną oczywistością.
– Więc to wszystko… to był nieszczęśliwy zbieg okoliczności? – spytałam, choć nie byłam pewna, czy chcę usłyszeć odpowiedź.
– Nie – odparła matka Gai, patrząc na mnie tak, jakby chciała, żebym zrozumiała coś, czego sama jeszcze nie potrafiła ubrać w słowa. – To było zaniedbanie.
Sara wciąż przestępowała z nogi na nogę, pocierając dłońmi o uda – musiała robić cokolwiek, byle nie stać bezczynnie.
– Co teraz? – zapytała.
Matka Gai wzruszyła ramionami.
– Teraz? Czekam na sekcję zwłok i formalności.
***
Z zamyślenia wyrywa mnie telefon, który wyślizgnął mi się z dłoni i spadł na brzuch. Ekran przygasa, ale wystarcza lekkie muśnięcie palcem, by znów rozbłysł. Wciągam gwałtownie powietrze i wracam do rzeczywistości. Minęło piętnaście lat, a wspomnienia wróciły jak bumerang. Jak coś, co nigdy tak naprawdę nie odeszło, tylko czekało, żeby znowu uderzyć. Przesuwam palcem i zjeżdżam niżej do sekcji komentarzy pod zdjęciem.
Alka: Gaja na zawsze w moim sercu ????️ 2014.
Czytam te słowa i nie wierzę. Ta sama Alka, która tamtej nocy przewracała oczami z obojętnością, lekceważąco zaciągając się przy tym papierosem. Ta, która zostawiła Gaję na chodniku i poszła dalej, jakby nic się nie stało. Nie wiem, czy to hipokryzja z jej strony, czy zwykłe zaklinanie rzeczywistości. Wiem, że ja w środku aż się gotuję. Może to gniew, może bezsilność, a może po prostu ten znajomy ciężar, który od lat siedzi mi na klatce piersiowej i nie daje się strząsnąć. Przypominam sobie wzrok Gai – mętny, nieobecny. Patrzę na ten komentarz i czuję, jak krew pulsuje mi w skroniach. Moje palce ślizgają się po ekranie, wystukuję z całej siły: „Czy w swoim sercu masz też to, że zostawiłaś ją na chodniku, ty pizdo?!”.
Wpatruję się w te słowa, gotowe do wysłania. Jednak szybko je kasuję. Nie dlatego, że boję się konfrontacji. Po prostu wiem, że nic by to nie zmieniło. Gaja nie przeczyta tego komentarza. A Alka pewnie nawet nie pamięta tamtej nocy tak, jak ja ją zapamiętałam. Może opowiada sobie inną wersję. Może przez lata zdążyła uwierzyć, że zrobiła wszystko, co mogła, że to nie była jej wina. Ludzie lubią pisać takie rzeczy. Wyrzucać z siebie proste sentencje i wierzyć, że mają moc cofania czasu. Jakby te kilka liter ubranych w zdanie mogło wymazać całą historię.
Zamykam oczy i biorę głęboki wdech. Wiem, że jeśli teraz odłożę telefon, nie wrócę do tego przez kolejne lata. Znów będę odsuwać tę przeszłość, mówić sobie, że to było dawno, że nie ma sensu o tym myśleć. Przez kilka długich sekund czuję, że Gaja znów jest obok. Jak tamtej nocy, kiedy stała przy śmietniku z rozmazanym tuszem i z tą zmęczoną rezygnacją w oczach. Z samego środka tej ciszy zaczynam ją słyszeć.
– Zostaw to.
Nie wiem, czy to głos w mojej głowie, czy coś więcej. Brzmi łagodnie, bez pretensji, bez wyrzutu.
– Wybacz im i wybacz sobie.
Chcę ją zatrzymać, chociaż na chwilę. Powiedzieć, że przepraszam. Że myślałam o niej częściej, niż mogłaby przypuszczać. Czuję jej obecność, ciepłą i spokojną, jakby przyszła tu tylko coś zamknąć.
– Myślisz, że gdybyś wtedy została, coś by się zmieniło? Że mogłabyś mnie uratować?
Zastygam w bezruchu.
– Nie mogłaś. Tak miało być.
Cisza między nami jest miękka.
– Wszyscy poszli z życiem dalej. Ty też możesz. Nie rozdrapuj już tych ran.
Patrzę na wyświetlacz, który zaczyna się ściemniać. Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że widzę jej wzrok – ten sam, zamglony i odległy, ale jednak pełen nadziei.
– Zacznij żyć swoim życiem – szepcze. – Już czas.
Ekran telefonu gaśnie. Odkładam go na obok i oddycham głęboko. Z każdym kolejnym wydechem pozwalam jej odejść, a sobie wybaczyć.
Redakcja i korekta językowa: Katarzyna Setkiewicz-Słowik

To opowiadanie wywołało we mnie nostalgię za dawnymi czasami i ludźmi, których już nie ma w moim życiu. Piękne i smutne zarazem.
P.S. Dobrze piszesz, dialogi są realistyczne – nawet gdy czyta się je na głos.
Dziękuję! ???? Niezmiennie mnie cieszy, gdy ktoś odnajduje w moich tekstach własne emocje. Nostalgia to dziwne uczucie – niby ciepłe, ale jednak ma w sobie coś z tęsknoty za czymś, czego już nie odzyskamy. Cieszę się, że historia do Ciebie trafiła. A co do dialogów – miło słyszeć, że brzmią naturalnie.
Super się czytało. Nie wiem, co bardziej mnie zaciekawiło, sama historia czy to, skąd Ci ten pomysł przyszedł do głowy. Mam wrażenie, że jest w tym trochę Ciebie 😉
Bardzo mi miło, dziękuję! ❤️ Pomysły to chyba mieszanka wszystkiego – przypadkowych myśli, wspomnień, obserwacji, czy rzeczy, o których nawet nie wiedziałam, że we mnie siedzą. Trochę mam wrażenie, że historie same mnie znajdują. A czy jest w tym trochę mnie? Być może ????